WYCHODZAC W NIEBO

umieralem nie raz
nie raz zrzucano mnie z mostow
schodow
strzelano w moj leb
upuszczano ma krew
jej spiew
otwieral me usta

wychodzac wnieboglosy
wychodzac z Boga i zwierzecia
spoconego krzyza
z miesa
z drwiny trupem scielacego sie poczecia
jestem
miedzy wami
w rytualnej rzezi na poddaszu nieba
ukamieniowany

i tu juz
najkrotsza droga przez bol do siebie dochodzac
niedomykam  drzwi
biegnacych dziecinnie
w przepasc pokrwawionej Ziemi

wilgoc plesni
wilgoc smierci
wilgoc na zawsze zamknietej przestrzeni

ale jestesmy

ofiarom zbrodni pod Smolenskiem

ZEGNAM

urodzilem sie pod psem
w miescie
ktorego dachy
siegaja ramion niewazkosci
pijane ulice wija
w nieskonczonosc buntu zycia

w slepych zaulkach  mego miasta
dorodne ulicznice
postradaly me zmysly
kamienne lby
zdeptane
zmieszane z blotem lzy
nasienie Warszawy i Wisly

ucieklem przed soba
zachowalem jedynie twarz
stamtad
owinienta w gazete
odjeta od ust
swiateczna rybe
w potrzebie i w biedzie
nic nie mowienia

jej rany
przegladalem pozniej w kaluzach krwii
w szramach
napietych mordem stuleci
z gwaltownych pochodow do smierci
za kazdym razem tak wlasnej

pozniej byl raj i ramiona
rysy sterzale okladalem twoimi ustami
puchly
spijajac leniwym jezykiem
szorstosc moich mysli
widzac wstecz
niewybaczalnie zegnam sie
Polsko

urodziłem się pod psem
w mieście
którego dachy sięgają ramion nieważkości
pijane ulice wiją w nieskończoność buntu życia
przyszłość boli
na oślep pędzona z dymem

w złotych bramach mego miasta
dorodne ulicznice postradaly me zmysły
kamienne łby
zdeptane
zmieszane z błotem sny
nasienie Warszawy i Wisły
zapach szminki
lnu
dotyku łona

stamtąd
zachowałem jedynie twarz
glinianą morde na pokaz
owiniętą w gazetę
odjętą od ust
świateczną rybę w potrzebie i w biedzie
nic nie-mówienia

jej rany
przeglądałem później w kałużach krwii
w szynach na ciele
w księgach
napiętych mordem stuleci
z gwałtownych pochodów do śmierci
za każdym razem tak własnej
o której bydło udaje że nie wie
i tańczy na grobach

a jednak był raj i ramiona
śpiew ponad czasem
kiedy
rysy stęrzałe okładałem twoimi ustami
więc puchły
spijając leniwym językiem
szorstkość moich myśli
nadzieje tych dni
na wszystkich horyzontach
żywcem płonące od nowa

widząc wstecz
żegnam się
Polsko
idę po chleb rzucony dla psa
przez ostatniego
chorego
Boga

wieże katedr

wieże katedr
cierpliwością psów i sutenerów pnące się do Boga
na dymiących popiołach
na grzbietach
na objuczonych zbrodnią
oślepionych od bicia po pysku
wolach pokoleń

wiara
ulepiona z winy
brudu
z niezmywalnych grzechów
przez tysiąclecia wypalana w krematoriach sumienia
sakralnej padliny
synagog
kościołów
meczetów

my
chcemy Boga
z kości i krwi
każdej pod słońcem chwili do stracenia
do opętania
do najjaśniejszego zwęglenia

za drzwiami

te drzwi to cień
domysłów
nabrzmiały kokon zła
pęknie mi w głowie
gdy ledwie dotknę go słowem

za nimi jest cisza
albo szarża koni rozpętanych myślą
bezzębny starzec z wizją świata
prostą jak alfabet
bym spisał początek po koniec

czemu nie ty ?
prochu
słabości
zlewko na spermę
dziwko
atrapo seksu
popielniczko resztek
strzepywanych z dni
i ze mnie

czemu nie ty ?
przyjdź i odpowiedz
wreszcie albo wreszcie
spierdalaj w nic
gdzie zawsze
znalazlaś swoje miejsce tak pięknie

NA DNIACH

na dniach
ogniste smoki z chinskiej porcelany
wzleca
najdluzsze szarfy i sztandary
tanczace w sloncu drzazgi
talerze z blachy i fanfary
zagrzmja

ozyja wszystkie olimpiady z greckich waz
wrzawa gawiedzi z wedrowki do ziemi objecanej od stuleci
ryki wielbladow i rzenie koni
z niekonczacych sie wypraw
krzyzowych pod sloncem
i jego niebosklonem
napietym jak czlowiek

i bedzie zgielk i rwetes
szukanie dziury w calym
chaosie wiecznych zdarzen
az padnie jasnosc nam na twarze
palaca pytaniem
o potem
o dalej

to wszystko jest
nagrane

WYCIE PSOW

psow wycie
w kazdym zegarze
ktorym nawoluje myslenie
drobne
malownicze swiatla z portow
opuszczonych przez fale
uchodzcow

w nich ozylem
i zycia pelen zatrzymywalem sie
sylabizujac kazde ogloszenie
o nowym
cieplym domu
kazde slowo
przelykalem jak pastylke zywych skojarzen
na sen
na dzien
nastepny brzemienny ogarek
w prozni nieustannego pogromu

tylko czasem
narkotyzuje mnie
ta podroz

wycie
w każdym zegarze
którym nawołuje myślenie
tańczące bezbarwnie światła portów
opuszczonych przez fale uchodżców-
cienie sunące po tafli historii w zezwierzęcenie

w tym ożyłem
i życia pełen zatrzymywałem sie
sylabizując każde ogłoszenie o nowym
ciepłym domu
każde cudze słowo przełykałem jak pastyłke słodkich skojarzeń
na sen
na dzień
następny brzemienny krok
w napadnietej życiem
próżni kosmosu

to czasem

narkotyzuje mnie
ta podróż

ZIARNO

człowiek to ziarno wieczności
w klepsydrze wszechświata
przemyka między palcami bogów
daremnie wierząc w filozoficzny kamień
doskonałą atrapę wszechrzeczy
i niedoskonałych pragnień

ten pies
ogon przy Ziemi
łeb przy Ziemi
targamy
szargamy pod niebem
róg obfitości
zamieniony w garb
a przecież wszystko jest sklepieniem

CO NOC

 
co noc dżwigam ciemość
zwierzęcą otchłań az po brzegi chmur
z niespokoinymi rozlewiskami wiatrów
gdzie toną wniebowzięci

ciemność – uczepioną gwiazd i mego ramienia
serce strachu przed sobą
cień rozpalony w słońcu
w imię cudzego
nowego
istnienia

niepoczytalnie wrozac na dwoje
rozrywam je
na sobie

Wyobraznia tanczy

kolejny dzien
zepchniety
w przepasc nocy
wciaz oddycha
w mosieznym wieku bram
nadetych do Ksiezyca ziemskich barw
wiec wyobrazia tanczy
pijana w sztok
nekaterem leniwego kosmosu
koszmarem kolejnego snu
gdzie sam
przelewam krew w glebine Tartarosu

i tak od poczecia
ofiarnym miesem rozciagniety na krzyzu
obudzonego swiatlem zwierzecia
bielmem wedrujac po tlumie
czekam tych znakow na niebie
i widze
ludzkosc upadla
lecz sznur labedzi jest we mnie
i krzyk bydlecy jest we mnie
gdy dusza wyje zraniona u gardla

ojcze
poczucie ciemnosci
robi mi sceny w zaswiaty
nie martw sie
samych siebie
soba
postronnie ciagnac za jezyk
w milczeniu
milosiernie oszukujemy

kolejny dzien
zepchniety
w przepasc nocy
wciaz oddycha
w mosieznym wieku bram
nadetych do Ksiezyca ziemskich barw
wiec wyobrazia tanczy
pijana w sztok
nekaterem leniwego kosmosu
koszmarem kolejnego snu
to wlasnie tam
dzbanami wlewam krew
w glebine Tartarosu

od poczecia
ofiarnym miesem rozciagniety na krzyzu
obudzonego swiatlem zwierzecia
bielmem wedrujac po tlumie
czekam tych znakow na niebie
i widze
ludzkosc upadla
lecz sznur labedzi jest we mnie
i krzyk bydlecy jest we mnie
gdy dusza zraniona wyje u gardla

nieznany ojcze
poczucie ciemnosci
robi mi sceny w zaswiaty
lecz nie martw sie
to sobą
samych siebie
postronnie ciagnac za jezyk
w milczeniu
milosiernie oszukujemy

ALASKA

noce
ich srebrny ksiezyc
pladruje niebo
na grzbietach wilkow

rany
glebsze od snu
rwa sie na dziwiek
oddechu

kolejna zerwana modlitwa
w porannej zorzy
namietnie
dojrzewala jej slodycz
jedyna
ze slina przyniesiona na jezyk
gorzka zdobycz nomada
talizman na sen
ciezszy od gwiazd
splywajacy z koron
nie obudzonych tesknota drzew

noce
ich srebrny księżyc
plądruje niebo
na grzbietach wilków

rany
głębsze od snu
rwą sie na dziwięk oddechu
milkną w strumieniu

kolejna zerwana modlitwa
w porannej zorzy
namiętnie
dojrzewała jej słodycz
jedyna
ze śliną przyniesiona na język
gorzka zdobycz nomada
talizman na sen
cięższy od gwiazd
spływajacy z koron
dobudzonych tęsknotą drzew