CO NOC

 
co noc dżwigam ciemość
zwierzęcą otchłań az po brzegi chmur
z niespokoinymi rozlewiskami wiatrów
gdzie toną wniebowzięci

ciemność – uczepioną gwiazd i mego ramienia
serce strachu przed sobą
cień rozpalony w słońcu
w imię cudzego
nowego
istnienia

niepoczytalnie wrozac na dwoje
rozrywam je
na sobie

Wyobraznia tanczy

kolejny dzien
zepchniety
w przepasc nocy
wciaz oddycha
w mosieznym wieku bram
nadetych do Ksiezyca ziemskich barw
wiec wyobrazia tanczy
pijana w sztok
nekaterem leniwego kosmosu
koszmarem kolejnego snu
gdzie sam
przelewam krew w glebine Tartarosu

i tak od poczecia
ofiarnym miesem rozciagniety na krzyzu
obudzonego swiatlem zwierzecia
bielmem wedrujac po tlumie
czekam tych znakow na niebie
i widze
ludzkosc upadla
lecz sznur labedzi jest we mnie
i krzyk bydlecy jest we mnie
gdy dusza wyje zraniona u gardla

ojcze
poczucie ciemnosci
robi mi sceny w zaswiaty
nie martw sie
samych siebie
soba
postronnie ciagnac za jezyk
w milczeniu
milosiernie oszukujemy

kolejny dzien
zepchniety
w przepasc nocy
wciaz oddycha
w mosieznym wieku bram
nadetych do Ksiezyca ziemskich barw
wiec wyobrazia tanczy
pijana w sztok
nekaterem leniwego kosmosu
koszmarem kolejnego snu
to wlasnie tam
dzbanami wlewam krew
w glebine Tartarosu

od poczecia
ofiarnym miesem rozciagniety na krzyzu
obudzonego swiatlem zwierzecia
bielmem wedrujac po tlumie
czekam tych znakow na niebie
i widze
ludzkosc upadla
lecz sznur labedzi jest we mnie
i krzyk bydlecy jest we mnie
gdy dusza zraniona wyje u gardla

nieznany ojcze
poczucie ciemnosci
robi mi sceny w zaswiaty
lecz nie martw sie
to sobą
samych siebie
postronnie ciagnac za jezyk
w milczeniu
milosiernie oszukujemy

ALASKA

noce
ich srebrny ksiezyc
pladruje niebo
na grzbietach wilkow

rany
glebsze od snu
rwa sie na dziwiek
oddechu

kolejna zerwana modlitwa
w porannej zorzy
namietnie
dojrzewala jej slodycz
jedyna
ze slina przyniesiona na jezyk
gorzka zdobycz nomada
talizman na sen
ciezszy od gwiazd
splywajacy z koron
nie obudzonych tesknota drzew

noce
ich srebrny księżyc
plądruje niebo
na grzbietach wilków

rany
głębsze od snu
rwą sie na dziwięk oddechu
milkną w strumieniu

kolejna zerwana modlitwa
w porannej zorzy
namiętnie
dojrzewała jej słodycz
jedyna
ze śliną przyniesiona na język
gorzka zdobycz nomada
talizman na sen
cięższy od gwiazd
spływajacy z koron
dobudzonych tęsknotą drzew