światłociemność

tracę równowagę otrzymaną od śmierci
bo żyję
życie jest obłędem
widzialne i niewidzialne
chorobą każdej strony wywleczonej w Światłociemność
w reaktywność każdego bezsensu

czas jest wodą
trzymaj się z daleka od wody
śmierci
psa który węszy
łeb przy ziemi
za każdym

za nowym

za tobą

za oknem

chcę przewidzieć
może narazie to nic
wszystko jakoś przebiega
nie zwleka
zrywane do życia w snach
i ja
obcy
bez zupełnego siebie
sprzed lat niewidzialnie już świetlnych
słonecznych
nie moje jesteś niosę na plecach w każdym bezsensie udając się ze spełnionego niczego w coś podobnie chorego
w płomień nagle zeszły do bezistnienia
bezmyślenia
mam problem

bezsenności
matko tej nocy
niech będzie pochwalony rozmalowany świt
za oknem do czarno-białej zmowy milczenia
jutra

czego nie ma

moja siła kojarzenia się z rzeczywistością
z góry
ustaliłem każde dno którym myślę
każdy dźwięk którym słyszę
każdy sens
którego tutaj nie ma
ale zostanie znaleziony
w przestrzeni z niewyobrażalnie spokojnego powietrza
którym nie będziesz musiał oddychać dla życia
dlatego zostaw to
czego nie ma naprawdę
w tobie też

z niczego

wolałbym być w sytuacji
w której nie chcę
ale chcę
wolałbym być tam
gdzie mnie nie ma
ale tam nie jestem
wolałbym nie myśleć
ale za mnie myśli głowa
wreszcie moja
i wolałbym nie tak
ale tak jakoś nie jest

spokój z niczego świętego
drzewo z niebotycznego
więź
z wszystkimi tymi
którzy mnie słyszą
bo ich już nie ma

 

Obok

spóźniłem się aby być z tobą
urodziłem w oknie z którego już nie wyglądasz
musiałem je otwierać zębami
chciwością ciebie
twoich ust i ramion
walczyć z maskami czasu zastawionymi przez poprzednich mężczyzn na twojej twarzy
opętany w każdym dzisiaj
i do każdego jutra
wbrew sobie
stoję wreszcie śmiertelnie obok
przepięknych rzeczy zrobionych z nas
Anno
i patrzę w lustro
które patrzy we mnie
coraz bardziej zmęczonym milczeniem

Protected: uśmiech Boga

This content is password protected. To view it please enter your password below:

memeneto

nie zapominam się wcale
nie zapominam się ze wszystkich poprzednich przyjść
we wszystkich poprzednich miejscach
poprzednich pominięciach czasu
w klęskach urodzaju ze śmiertelnych ludzi którym można tylko pomóc
milcząc nad nimi
nad brakiem wyboru
który robi z nich zwierzęta
ofiary zapalne dla świętego spokoju niebycia tutaj

popiół

podałbym ci rękę
ale uciąłem sobie twarz
i nie widzę ani ręki ani ciebie
może serce kiedyś cię znajdzie
jeżeli do kiedyś dotrę
jak dociera się głód z płuc nieprzytomnych Bogów
o milczące ściany powietrza
ze zmęczonego
z mojego
ludzkiego mięsa
z padliny
z ognia
i z gwiazd
dziwnie siejący się
sam
popiół

Teraz

do jutra
zagoi się więcej niż było zranione
usta zarosną ciszą spod stołu niewyszukanego zwierzęcia w którym znowu się
zamknąłem dla świętego spokoju i kawałka kiełbasy od losu
czy to było wczoraj
czy będzie jutro
ma takie samo znaczenie jak teraz
w którym wszy mają twarze ludzi
powoli żrą twój każdy czas
najwyższy
śmierdzący ochłap rzucony z zapomnianego zaplecza
czas wyboru
przestał czekać

lekarstwo

nie mam powodzenia u śmierci
lekarstwo
by pozostawić życie w spokoju
ono obnosi się mną skurwiałe do granic przyzwoitości we wnętrzu
każdego dnia za dniem
do zmierzchu
później są sny i widły w twarz

dobrze że broń
jest krótka