z niczego

wolałbym być w sytuacji
w której nie chcę
ale chcę
wolałbym być tam
gdzie mnie nie ma
ale tam nie jestem
wolałbym nie myśleć
ale za mnie myśli głowa
wreszcie moja
i wolałbym nie tak
ale tak jakoś nie jest

spokój z niczego świętego
drzewo z niebotycznego
więź
z wszystkimi tymi
którzy mnie słyszą
bo ich już nie ma

 

Obok

spóźniłem się aby być z tobą
urodziłem w oknie z którego już nie wyglądasz
musiałem je otwierać zębami
chciwością ciebie
twoich ust i ramion
walczyć z maskami czasu zastawionymi przez poprzednich mężczyzn na twojej twarzy
opętany w każdym dzisiaj
i do każdego jutra
wbrew sobie
stoję wreszcie śmiertelnie obok
przepięknych rzeczy zrobionych z nas
Anno
i patrzę w lustro
które patrzy we mnie
coraz bardziej zmęczonym milczeniem

Protected: uśmiech Boga

This content is password protected. To view it please enter your password below:

memeneto

nie zapominam się wcale
nie zapominam się ze wszystkich poprzednich przyjść
we wszystkich poprzednich miejscach
poprzednich pominięciach czasu
w klęskach urodzaju ze śmiertelnych ludzi którym można tylko pomóc
milcząc nad nimi
nad brakiem wyboru
który robi z nich zwierzęta
ofiary zapalne dla świętego spokoju niebycia tutaj

popiół

podałbym ci rękę
ale uciąłem sobie twarz
i nie widzę ani ręki ani ciebie
może serce kiedyś cię znajdzie
jeżeli do kiedyś dotrę
jak dociera się głód z płuc nieprzytomnych Bogów
o milczące ściany powietrza
ze zmęczonego
z mojego
ludzkiego mięsa
z padliny
z ognia
i z gwiazd
dziwnie siejący się
sam
popiół

Teraz

do jutra
zagoi się więcej niż było zranione
usta zarosną ciszą spod stołu niewyszukanego zwierzęcia w którym znowu się
zamknąłem dla świętego spokoju i kawałka kiełbasy od losu
czy to było wczoraj
czy będzie jutro
ma takie samo znaczenie jak teraz
w którym wszy mają twarze ludzi
powoli żrą twój każdy czas
najwyższy
śmierdzący ochłap rzucony z zapomnianego zaplecza
czas wyboru
przestał czekać

lekarstwo

nie mam powodzenia u śmierci
lekarstwo
by pozostawić życie w spokoju
ono obnosi się mną skurwiałe do granic przyzwoitości we wnętrzu
każdego dnia za dniem
do zmierzchu
później są sny i widły w twarz

dobrze że broń
jest krótka

dochodzenie/page not found

przed sobą nie uciekniesz
przed sobą masz tylko siebie i śmierć
obojga więcej
i każde z nich czeka na zawołanie
którym coraz bliżej stajesz się
dochodząc do snu
psa zranionego kiełbasą życia

ciesz się
może przestaniesz być wyspą
kolejnego zmierzchu

 

You can’t run away from yourself
ahead you only have more of both
yourself or its death
and each waiting for a scream you become as you get closer
to dog’s dream about more treats of this life

be happy man
you will finally stop being an island
to dusk

czekanie

Wszystko ma swój koniec
Koniec to mój ratunek
Gdyby nie koniec
Od samego początku
Oszalałbym

Od początku

rachunek wystawiony do wiatru własnego sumienia
którego nie mam
od kiedy
między pomyleniem a zaprzeczeniem wyświetlenia ciemności we mnie
błądzę
więc proszę pomóż mi Wielki Bezrozumie
Boże mój

trwanie to wysoka cena za powrót
albowiem obiecana miała być tylko chwila
od początku do końca zakłamana czarna wstęga
nagle przecięta
a jest światło
strumień
w którym jasność to chleb dla niemych ryb
zawsze w popłochu
niewinnych
rozmytych
cieni w głębinach istnienia