za drzwiami

te drzwi to cień
domysłów
nabrzmiały kokon zła
pęknie mi w głowie
gdy ledwie dotknę go słowem

za nimi jest cisza
albo szarża koni rozpętanych myślą
bezzębny starzec z wizją świata
prostą jak alfabet
bym spisał początek po koniec

czemu nie ty?
prochu
słabości
zlewko na spermę
dziwko
atrapo seksu
popielniczko resztek
strzepywanych z dni
i ze mnie

czemu nie ty?
przyjdź i odpowiedz
wreszcie albo wreszcie
odejdź w nic
bo tam
znalazlaś swoje miejsce tak pięknie

Na dniach

na dniach
ogniste smoki z chińskiej porcelany wzlecą
najdłuższe szarfy i sztandary
tańczące w słońcu drzazgi
talerze z blachy i fonfary zagrzmją

ożyją wszystkie greckie olimpiady
śmiech i płacz
wrzawa gawiedzi z wędrówki do ziemi objecanej
ryki wielbłądów i rżenie koni
z niekończących się wypraw
krzyżowych pod słońcem
pod jego nieboskłonem

i będzie zgiełk i rwetes
szukanie dziury w całym
chaosie wiecznych zdarzeń
aż padnie niekończące się pytanie
o potem
o dalej
szeptem

przecież to wszystko jest nagrane

WYCIE PSOW

psow wycie
w kazdym zegarze
ktorym nawoluje myslenie
drobne
malownicze swiatla z portow
opuszczonych przez fale
uchodzcow

w nich ozylem
i zycia pelen zatrzymywalem sie
sylabizujac kazde ogloszenie
o nowym
cieplym domu
kazde slowo
przelykalem jak pastylke zywych skojarzen
na sen
na dzien
nastepny brzemienny ogarek
w prozni nieustannego pogromu

tylko czasem
narkotyzuje mnie
ta podroz

wycie
w każdym zegarze
którym nawołuje myślenie
tańczące bezbarwnie światła portów
opuszczonych przez fale uchodżców-
cienie sunące po tafli historii w zezwierzęcenie

w tym ożyłem
i życia pełen zatrzymywałem sie
sylabizując każde ogłoszenie o nowym
ciepłym domu
każde cudze słowo przełykałem jak pastyłke słodkich skojarzeń
na sen
na dzień
następny brzemienny krok
w napadnietej życiem
próżni kosmosu

to czasem

narkotyzuje mnie
ta podróż

Ziarno

człowiek to ziarno
wieczności
w klepsydrze wszechświata
przemyka między palcami bogów
wierząc w filozoficzny kamień
doskonałą atrapę wszechrzeczy
i niedoskonałych pragnień

ten ludzki pies
ogon przy Ziemi
łeb przy Ziemi
targamy
szargamy pod niebem
róg obfitości
zamieniony w garb

Co noc

co noc dźwigam ciemość
zwierzęcą otchłań aż po brzegi chmur
z niespokoinymi rozlewiskami wiatrów
gdzie toną wniebowzięci

ciemność
uczepioną gwiazd i mego ramienia
serce strachu przed sobą
przed niewiadomą jednego istnienia


Wyobraźnia tańczy

kolejny dzień
zepchnięty
w przepaść nocy
wciąż oddycha
w mosiężnych wiekach bram
w nadętych do Księżyca koloniach barw
więc wyobraźnia tańczy
pijana w sztok
nekaterem leniwego kosmosu
koszmarem kolejnego snu
gdy w samotności
przelewam myśli w głębiny Tartarosu

i tak od poczęcia
mięsem na krzyżu
bielmem wędrując po tłumie
czekjąc znaków na niebie
widzę
ludzkość upadła
lecz sznur łabędzi jest we mnie
i krzyk bydlęcy
jest we mnie
bo dusza wciąż wyje u gardła

ojcze
poczucie ciemności
robi mi sceny
nie martw się
samych siebie
sobą
postronnie ciągnąc za język
w zaświaty
oszukujemy

 

Alaska

ciemność
jej srebrny księżyc
plądruje niebo
na grzbietach wilków

rany
głębsze od snu
rwą się na dźwięk
oddechu

w wieczornej zorzy spłoszona modlitwa
powoli dojrzewa jej słodycz
jedyna
ze śliną przyniesiona na język
gorzka zdobycz nomada
talizman na sen
cięższy od gwiazd
i wodospad nocy
spływający z koron
nieobudzonych tęsknotą drzew